Mało twórcze męki:)
Opublikowane: 19/11/2011 Filed under: dziennik | Tags: twórczość 5 Comments »
Piszę. Bez planu, ale za to z dobrym pomysłem. Sama jestem ciekawa co z tego wyjdzie. Mam już zakończenie. Teraz wystarczy dopisać całą resztę i gotowe.
Nie wiem tylko czy to dobry pomysł zaczynać od końca? Dobry, nie dobry – ważne, żeby był skuteczny.
Teraz wystarczy tylko wejść do tego wymyślonego świata w jakimś przypadkowym momencie i patrzeć, słuchać, zapisywać. Obserwować bohaterów, śledzić ich, pozwalać im żyć własnym życiem. Proste? No, nie całkiem:)
Piszę. Wydaje mi się, że to jednak jest określenie trochę na wyrost. Lepiej i prawdziwiej zabrzmi – pisuję.
Najwięcej czasu zajmuje mi przygotowanie do pisania, postanowienie: teraz będę pisać.
Siadam, poprawiam fotel, ustawiam laptopa, otwieram go i przypominam sobie, że przecież jeszcze nie sprawdziłam poczty. A wiadomości? Muszę przecież być na bieżąco. Ale czytanie wiadomości tak na sucho? Napiję się kawy. O rety! To już ta godzina? Trzeba zrobić zakupy i może jakiś obiad. Pranie też czeka już kilka dni.
I ulga, że znowu się upiekło.
Chyba kupię broń i zabije tego lenia. Albo on mnie, albo ja jego!
A może zostanę fryzjerką? :))
Co, gdzie, kiedy? :)
Opublikowane: 18/11/2011 Filed under: dziennik | Tags: aktualności 2 Comments »Trochę się przeliczyłam z czasem.
Aktualizacja na bieżąco kilku blogów przerosła moje możliwości. Jestem pewna, że to się zmieni ale jeszcze nie dzisiaj.
Nowe teksty urodziły się na blogu: “M. ubrana w słowa”
oraz na blogu: “Ocalić od zapomnienia”
Bardzo gorąco zapraszam!
Dużo czasu poświęcam ostatnio właśnie temu drugiemu, Ocalić od zapomnienia. Wklejenie tylu zdjęć, po ich uprzednim przygotowaniu, wklejenie tekstu, jest bardzo pracochłonne i zajmuje bardzo wiele czasu. Aby ta moja praca nie poszła na marne – czytajcie. Przenieście się wehikułem czasu w przeszłość. Przeszłość, która istniała naprawdę. Jest wypełniona ludźmi i ciekawymi historiami.
Poszukiwany, poszukiwana
Opublikowane: 14/10/2011 Filed under: przemyślenia | Tags: twórczość 10 Comments »Cicho, niezauważalnie, bezlitośnie mija życie.
Człowiek coś robi, gdzieś wychodzi, wyjeżdża, czymś się martwi, żyje stale w czasie teraźniejszym.
Tylko lustro przypomina, że jednak istnieje czas przeszły. A czas przyszły tylko powiększa przeszłość. Z każdym dniem, każdą godziną.
Po co to piszę? Bo się na chwilę zatrzymałam w biegu.
Zmęczenie materiału. Pustka. Zwątpienie w sens wszystkiego co robię.
Tym bardziej, że ostatnio nic nie robię.
W dawnych czasach człowiek piszący otoczony był stertami kartek, brulionów, maszynopisów. Teraz wokół mnie pustka. Wszystko co napisałam upchane jest w maleńkich plikach w moim komputerze. Nie mają zapachu papieru, kurzu. Nie szeleszczą. Nigdy nie pożółkną. Nigdy też, choćby bardzo chciały, nie będą rękopisami.
Przeglądałam właśnie te pliki. Mnóstwo tego. Jakieś urywki, jakieś początki bez końca. Jakieś zakończenia bez początku. Pomysły były dobre, jednak po kilku, kilkunastu lub kilkudziesięciu stronach wątek gdzieś się ulatniał. Pojawiał się mur nie do pokonania. Jednym słowem: żarło, żarło aż zdechło.
Nie twierdzę, że jestem w tym względzie jakimś wyjątkiem i kompletnym beztalenciem. Taka głupia to ja nie jestem :) Tylko tak mi się jakoś żal zrobiło tych moich pomysłów. Takie porzucone, zapomniane. Chyba zasługują na drugą szansę. Postanowiłam się nimi zająć, odkurzyć je, przeprosić. Może jednak urosną do rozmiarów przynajmniej opowiadania?
Jest tylko małe ale. Wena.
Wena nie ma kształtu, koloru ani zapachu. Nie można jej dotknąć ani złapać za ogon czy za rogi. A może jednak ma skrzydła? To by wiele wyjaśniało. Odleciała.
Tylko ciekawa jestem do kogo…
Lubię jesień, ale pod warunkiem, że kiedyś znowu przyjdzie wiosna.
Opublikowane: 17/08/2011 Filed under: sentymenty, życie | Tags: astry, emerytura, jesień, starość 8 Comments »
Wielkimi krokami nadchodzi jesień. Czuje się ją w powietrzu i w kościach. Na łąkach zbierają się bociany, ławki przed blokami pustoszeją. Bociany odlecą do ciepłych krajów, babcie z ławeczek przeniosą się do ciepłych mieszkań. Koniec lata jest zawsze niespodziewany, zaskakuje nas podobnie jak zima drogowców. Rzeczy oczywiste zaskakują najbardziej.
Piękne lato mija szybko, deszczowe i paskudne ciągnie się aż do zimy. Pewnie dlatego, że czas jest rzeczą umowną i względną.
Bezwzględnie natomiast, należy wywietrzyć zimowe ubrania, wytrzepać z moli, bo te jak wiadomo do ciepłych krajów nie odlatują.
Na sezon zimowy do ciepłych krajów nie odlecą również nasze dzieci w wieku szkolnym. Podróż taka kosztowałaby na pewno taniej niż całe szkolne wyposażenie. Zazwyczaj jednak wybieramy tę drugą możliwość i kupujemy. Przez pierwsze dni września pociechy nasze będą się cieszyć nowymi, pachnącymi farbą drukarską książkami . Radość minie gdy będą musiały się z nich uczyć. Jak jednak ustaliliśmy na początku, wszystko przemija, zazwyczaj niespodziewanie.
W nadmorskich kurortach koniec lata zwiastują tłumnie przybywający emeryci. Mniej gorąco i taniej. Dzieci już wróciły z zamorskich podróży, odebrały wnuki z babcinych przechowalni i zafundowały dziadkom wakacje. Letni wypoczynek jesienią. Jesienią życia. Ona dopadnie każdego. Całkiem niespodziewanie.
Oby była pogodna i trwała jak najdłużej.
W Borkach. Zioła, wianki i kwiat paproci.
Opublikowane: 31/07/2011 Filed under: W Borkach | Tags: dwór szlachecki, noc świętojańska, zioła 6 Comments »
Następnego dnia, wczesnym rankiem, obudził mnie, rozchodzący się po całym domu, zapach świeżo upieczonego chleba. Zapach, który nie ma sobie równych na całym świecie!
Jak tu było nie wstać i nie podążyć śladem tego zapachu wprost do kuchni. Oczywiście nie byłam pierwsza. Czy inni domownicy w ogóle nie spali? Siedzieli całą noc w kuchni i czekali na chleb?
A chleb upieczony przez panią Władzię już leżał na stole i nawet już był pozbawiony piętki!
Pszenno – żytni, ze słonecznikiem, ziołami i różnymi tajemniczymi dodatkami, których nazw pani Władzia nawet na torturach nie zdradzi.
Po niezwykle obfitym śniadaniu zasiadłam na ganku z kawą. W tym czasie pozostali goście szykowali się do wycieczki. Wszak dziś mamy iść do lasu, na łąki, nad rzekę w poszukiwaniu ziół. Zastanawiałam się jak ja znajdę jakiekolwiek ziele, skoro żadnego nie znam? Zioła poznaję po napisach na torebkach sprzedawanych w aptece, ewentualnie w sklepie spożywczym. Wiedziałam oczywiście, że kiedyś tam, w poprzednim życiu były zielone i gdzieś sobie rosły, jakoś wyglądały i jakoś tam się nazywały. To chyba trochę mało, żeby wybierać się na łowy?
Na szczęście idzie z nami pani Władzia, stryj i ciotki. Zwłaszcza jedna, która przecież wie wszystko.
Nagle zrobił się tłok na ganku. Zaczęła się dyskusja gdzie i którędy pójść. Wycieczka stanęła pod znakiem zapytania, ponieważ każdy chciał iść w innym kierunku. Na szczęście właśnie nadeszła pani Władzia, każdemu wcisnęła w rękę koszyk i popychając oporne towarzystwo wykrzykiwała: No już! Idziemy, idziemy! Szkoda czasu! Za mną naprzód marsz!
Odeszliśmy spory kawałek, kiedy ciotka Regina zatrzymała się, spojrzała w niebo i stwierdziła, że chyba zanosi się na deszcz i ona wraca po parasolkę! I wróciła.
Deszczu oczywiście nie było i ciotka z parasolem pod pachą obijała się o drzewa, zahaczała o krzaki i co rusz próbowała kogoś z nas nabić na pal, to znaczy na szpic swojej eleganckiej parasolki. Żółtej zresztą :)
Na wspomnianą wyprawę udałam się tylko i wyłącznie w celach towarzyskich i rekreacyjnych. Ziela żadnego nie znalazłam. Dla mnie to wszystko chwasty :)
Pani Władzia natomiast uzbierała tego zielska cały koszyk. W drodze powrotnej wyjmowała po jednej gałązce, pokazywała mi ją i opowiadała cały jej życiorys. Macierzanka, rozchodnik, mirt, bylica i łopian. Składają się nie tylko z listków i gałązek, ale przede wszystkim z magii.
Zatykano je za belki drewnianych domów, w poszycia dachów. Wierzono, że będą chroniły ludzi i zwierzęta przed chorobami, złymi duchami i czarownicami.
Stryj poradził aby zatknąć taki wiecheć nad łóżkami ciotek. One chyba były innego zdania bo się obraziły. Nie na długo jednak. Przy obiedzie, który pani Władzia jakimś cudem, może przy pomocy magii uzbieranych ziół, przygotowała niezwykle szybko, były już wesołe i bardzo przejęte przygotowaniami do jutrzejszych uroczystości Nocy Świętojańskiej. Trochę to wszystkich zaskoczyło, ponieważ za panny na wydaniu trudno było je uznać. Panna nie panna, ale wianek przygotować nie zaszkodzi.
Kiedy wianki były już uplecione, w świeczki zaopatrzone, usiedliśmy razem w salonie. To pomieszczenie było chwilowo salonem tylko z nazwy. W rzeczywistości był to plac budowy. Wiadra, drabiny, pędzle i inne przedmioty niezbędne w salonie, wprowadzały atmosferę chaosu. Trudno było odpocząć, wyciszyć się, a tym bardziej skupić na obmyślaniu strategii. Strategia jest niezbędna aby atak zakończył się sukcesem. Celem ataku był kwiat paproci!
Ciąg dalszy z pewnością nastąpi.
Z biegiem lat…
Opublikowane: 20/07/2011 Filed under: przemyślenia, życie | Tags: przemijanie, zmiany, życie 12 Comments »
Życie składa się ze zmian. Świat się zmienia, my się zmieniamy.
Nasze życie zmieniamy sami. Na dobre lub na złe. Zmieniają je również niezależne od nas okoliczności i zdarzenia. Wtedy zaczynamy żyć od nowa. Tak, jakbyśmy co jakiś czas wchodzili do innego pokoju, jakby za każdym razem otwierały się inne drzwi.
Pozornie wszystko tam jest takie samo, a jednak wygląda inaczej, powietrze inaczej pachnie, widzimy wyraźniej, inaczej czujemy. Zaczyna się coś nowego. Przekraczając próg, przekraczamy jakąś granicę, ze świadomością, że nie możemy już wrócić.
Boję się tylko tej ostatniej granicy, za którą już nic się nie zaczyna. Wydawałoby się, że ta granica jest gdzieś daleko. Nic bardziej mylnego. Całe życie idziemy wzdłuż niej, bardzo blisko. Wystarczy małe zachwianie…
Pod Twoją obronę… czyli moje zagubione owieczki.
Opublikowane: 07/07/2011 Filed under: domowe piekiełko, felietony opowiadania, wspomnienia, życie | Tags: dzieci, I Komunia, kolonie, ksiądz, życie 5 Comments »Czy zdarzyło Wam się kiedyś zgubić własne dzieci? Mnie się zdarzyło. I to nie raz. Aż się dziwię, że je mam do tej pory w komplecie i w całości.
Czas biegnie tak szybko, unosi w nieznane dobre i złe chwile, pozostawiając tylko wspomnienia. A wspomnienia mają to do siebie, że im dłużej są z nami, tym stają się piękniejsze. To co było kiedyś koszmarem, dzisiaj jest zabawną historyjką, opowiadaną wnukom w zimowe wieczory.
Gdzie się podziały te wszystkie szczęśliwe i cudowne chwile, kiedy dom pełen był dziecięcego śmiechu, krzyku, biegania. Dziecięce choroby, kłopoty, rozbite kolana i głowy, wywiadówki, kolonie, wreszcie matury, studia. Gdzie? Tam gdzie odchodzą po kolei wszystkie dni naszego życia. Czy ktoś wie gdzie to jest? Ja nie wiem.
Widzę jak dziś, piękny majowy dzień pełen słońca. Dzień I Komunii Świętej mojej córki. Widzę ustawione parami dziewczynki. Biel ich sukienek aż razi w oczy. Zachwycam się tym widokiem, utrwalam go na zdjęciach.
W pewnym momencie słyszę jak jakaś pani, stojąca na schodach prowadzących do kościoła, pyta:
-czyje to dziecko stoi w kościele i płacze?
Biedne dziecko, pomyślałam. I nagle: zaraz, zaraz, a gdzie jest mój mały, pięcioletni synek?! Przecież przyszłam tu z dwojgiem dzieci! Przejęta uroczystościami zupełnie zapomniałam o drugim dziecku. Biegnę do kościoła, a tam stoi moje maleństwo i płacze! Jak mogłam o nim zapomnieć?! Jednak mogłam. To jest faktem i już nic tego nie zmieni. Zgubiłam własne dziecko! Jeszcze przez kilka lat rodzinka dokuczała mi: nie dziwimy się, że zapomniałaś o synku, miałaś go dopiero pięć lat, był prawie nowy, nie zdążyłaś się do niego przyzwyczaić.
Kiedy dzieci były starsze i już się do nich na pewno przyzwyczaiłam, też mi czasem ginęły. Wyjechały kiedyś do Zakopanego, na kolonie organizowane przez parafię. Moi mali indywidualiści nie byli jednak zadowoleni z warunków tam panujących. Podjęli więc jedynie słuszną, w ich mniemaniu, decyzję: wracamy do domu!
Dowiedziałam się tego od księdza, który zadzwonił późnym wieczorem i zawiadomił mnie o tym fakcie, tonem głosu nie wyrażającym żadnych uczuć ,ani cienia obawy o zdrowie i życie dzieci. Mam tylko nadzieję, że liczył chociaż w duchu na opiekę anioła stróża.
Nie będę ukrywać, że wpadłam w straszna panikę. Kiedy już wykrzyczałam złość i rozpacz, zaczęłam myśleć i działać. Poruszyłam niebo i ziemię, a właściwie PKP w całej Polsce. Sprawdziłam wszystkie możliwe połączenia i wyruszyliśmy na dworzec. Każdy przyjeżdżający pociąg był przeze mnie przeszukany od podłogi po dach.
Tak sobie teraz myślę, że telefony komórkowe to jednak wspaniały wynalazek. Gdyby wtedy były takie dostępne i tanie, nie byłoby problemu ze zlokalizowaniem zagubionych dzieci.
Późną nocą przyjechał pociąg z Krakowa. Rozglądamy się po peronie, obserwujemy wszystkie drzwi w wagonach i nagle widzimy. Idą dwie sieroty z bagażami. Co za ulga! I zaraz potem: ja ich chyba zabiję!
Synek zaginął mi raz jeszcze. Pojechał na spotkanie z Papieżem do Sosnowca, pod opieką księdza ( znowu!). Wieczorem dzwoni ksiądz, że wszyscy już wrócili, ale mojego syna nie ma, zagubił się gdzieś w tłumie i nie przyszedł do autobusu a przecież wszyscy nie mogli na niego czekać. Nie mogli?! Czy zasada: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego obowiązywała tylko w czasach muszkieterów? Jak można zostawić jednego ucznia i nawet nie sprawdzić czy mu się nic nie stało?
Znowu nie wiedzieliśmy co mamy robić. Szukać go? Jechać do Sosnowca? A jeżeli się miniemy? I właściwie nie wiemy co się tak naprawdę stało? Nie wiem co mam robić? Mąż miał akurat dyżur. Dzwonię do niego, panikuję. On mnie uspokaja, co mnie jeszcze bardziej denerwuje. Postara się znaleźć zastępstwo i przyjedzie do domu. W tym czasie syn dzwoni z Sosnowca, z jakiegoś automatu. Mówi, że ma ostatnie pieniądze i więcej nie będzie mógł zadzwonić. Tłumaczy, że nie mógł w tłumie znaleźć autokaru, jest teraz w pobliżu placu, na którym było spotkanie, jest mu zimno, nie ma pieniędzy na podróż do domu, jest ciemno i wszyscy się rozeszli. Niech tata po mnie przyjedzie! Łatwo powiedzieć. Po godzinie dwunastej w nocy tata wyruszył do Sosnowca. Znalazł naszą zgubę, całą i zdrową, choć zmarzniętą i trochę wystraszoną. Przyjechali do domu dopiero nad ranem. Jak się okazało, zepsuł im się po drodze samochód. Jak przygoda, to przygoda!
Synek mój miał szczególne zdolności do gubienia się zawsze i wszędzie. Kiedy pojechał w góry na rekolekcje z liceum katolickiego, do którego uczęszczał , i był pod opieką księdza wychowawcy( !!), zgubił się w lesie i spędził w nim całą noc! Dopiero rano odnalazł drogę do schroniska. W tym czasie ksiądz słodko sobie spał!
To nie ta bajka, w której szuka się jednej zagubionej owieczki :))
Noc Kupały w Borkach – czyli zagubiony wianek. Część I
Opublikowane: 04/07/2011 Filed under: felietony opowiadania, pół żartem, pół serio, W Borkach | Tags: dwór szlachecki, Noc Kupały 6 Comments »
Obściskana przez ciotki, obcałowana przez stryja, przekroczyłam wreszcie próg dworku. Tutaj przywitała mnie pani Władzia, pieszczotliwie nazywana służbą. Przy wtórze ochów i achów pobiegła do kuchni i wróciła po chwili z tacą wypełnioną smakołykami, których wspaniałe zapachy ledwo przebijały się przez wszechobecny smród farb wszelakich, klejów i diabli wiedzą czego.
Posadzono mnie przy stole w jadalni. Stryj, ciotki i pani Władzia otoczyli mnie ścisłym kołem i podsuwali talerzyki, filiżanki, półmiski. Długo musiałam ich przekonywać, że potrafię samodzielnie posługiwać się widelcem i nie jestem aż tak zmęczona, żebym nie zdołała donieść go do ust. W końcu niechętnie zgodzili się na moją samodzielność, aczkolwiek zachowywali czujność i przyjęli postawę gotowości do startu w wyścigu pod nazwą: nakarmić gościa.
Tak mi wszyscy nadskakiwali, że czułam się jak królowa otoczona służbą, czekającą na skinienie swojej władczyni.
Mój królewski sen nagle prysnął, bo oto usłyszeliśmy potężny łomot do drzwi, które zatrzęsły się jakby miał zaraz wjechać przez nie czołg albo wtargnąć nosorożec. Ja zerwałam się na równe nogi, natomiast pozostali usiedli z wrażenia.
Nie myliliśmy się. Coś koniecznie chciało wyważyć drzwi. Próba zakończyła się sukcesem. Drzwi z hukiem rozwarły się i wbiegły przez nie dwa potężne psiska: Gerwazy i Protazy. Długowłose owczarki niemieckie. Dopadły mnie w mgnieniu oka. Już leżałam jak długa na podłodze i próbowałam się bronić przed dwoma wielkimi, długimi i różowymi jęzorami, które chciały zalizać mnie na śmierć.
Jeżeli myślicie, że stryj dał takie imiona psom ponieważ były dwa, to się mylicie. Specjalnie kupił dwa psy, żeby mógł nadać im takie właśnie imiona. Przedtem była Telimena, ale zdechła.
Kiedy wreszcie próbowałam dostać się do mojego pokoiku, slalomem pomiędzy drabinami, rusztowaniami i wiadrami z farbą, dobiegł mnie cienki, skrzekliwy i przeraźliwy krzyk pani Władzi:
-niech pani odpocznie, bo jutro idziem po zioła, wianki pleść będziem, Kupalnocka!
Odzyskać stracony czas… czyli notka… bez sensu ?
Opublikowane: 02/07/2011 Filed under: felietony opowiadania, przemyślenia, życie | Tags: blogi 4 Comments »Ostatnio chodzę po prawdziwych, nie wirtualnych, ulicach. Rozmawiam z prawdziwymi ludźmi, których widzę, słyszę, mogę dotknąć. Oni też przeżywają ciekawe przygody, mają swoje problemy, też czytają książki, o których możemy porozmawiać, recenzujemy je na żywo i na bieżąco.
Życie towarzyskie w świecie realnym, pogaduchy o niczym, wspomnienia, plany, marzenia są o wiele bardziej fascynujące niż te wirtualne za pośrednictwem bloga ze znajomymi nickami, bez twarzy, wieku, głosu. Zdjęcia też możemy pooglądać, przekazując je sobie z rąk do rąk.
Niektórzy twierdzą, że piszą wspomnienia, pamiętnik dla rodziny, wnuków. Pięknie. Tylko, dlaczego w internecie? Można przecież na papierze. Tylko dla zainteresowanych. Dlaczego informować o swoich sprawach cały świat? Zapewniam was, że świata to nie interesuje. Czyta, powodowany zwykłą ciekawością, głodem sensacji i tym podobnymi niskimi pobudkami. Nie bądźmy naiwni, nikt nas nie polubi tak naprawdę. Zna przecież tylko nasze teksty, zakłada, że piszemy je sami, samodzielnie, chociaż większego znaczenia dla czytelnika to nie ma. Jesteśmy bezosobowym nickiem, który nie wyraża żadnych emocji ani uczuć. Nie wiemy kto się za nim kryje, jak wygląda, jaki ma charakter, jakie serce, jak postępuje w życiu, czy jest uczciwy, szczery, dobry, miły.
Blogują również nasi realni znajomi. Z nimi jednak nie musimy przecież porozumiewać się za pomocą komentarzy.
Jedyne blogi jakie mają według mnie sens, to blogi tematyczne.
Tutaj nie zaglądamy po to, aby pogadać z autorem, pocieszyć go czy pochwalić, bo tak wypada, tylko zaglądamy, aby przeczytać ciekawą historię na interesujący nas temat. Zaliczyłabym tu blogi historyczne, genealogiczne, językowe, podróżnicze, naukowe i tym podobne. Do tej grupy można zaliczyć również blogi kulinarne i dotyczące mody.
Osobną grupę stanowią blogi polityczne. Tych nie lubię. Dlaczego?
Nie ma tu znaczenia jaką opcje polityczną reprezentują. Polityki mamy bardzo dużo w telewizji, radiu, internecie i wokół nas. Po co mamy jeszcze raz o tym samym czytać na blogu? To jest powielanie tych samych informacji i podobnych poglądów po tysiąckroć. Mnożenie komentarzy za i przeciw. Po co? Czy my nie mamy już z kim na ten temat porozmawiać na żywo? Przecież taka dyskusja jest o wiele ciekawsza. I jest o wiele mniejsze zagrożenie zwykłą prowokacją, bo wiemy mniej więcej z kim rozmawiamy. Czy jeżeli ktoś ma pretensje do polityków, coś mu się nie podoba, nic mu się nie podoba, chce kogoś obrazić, zmieszać z błotem – czy musi to robić tak publicznie i anonimowo? Czego się wstydzi? Może zamiast pisać i śledzić rosnące statystyki odwiedzin, nie lepiej byłoby zacząć działać w kierunku naprawy istniejącego stanu rzeczy? Pisać jest najłatwiej, udawać mądrego też. Trudniej jest w tej polityce zrobić coś sensownego. Wiem jednak, że bloga łatwo założyć i już można pisać. Zostać wybranym do sejmu jest znacznie trudniej, a jeszcze trudniej słowa zamienić w czyn.
Jedyne słowa, które mogą i powinny pozostać słowami, to słowa zamieszczone na blogach literackich.
Piękno w czystej postaci.
Zaglądam tam, aby przeczytać i wzruszyć się. Zachwycić.
Tylko to ma sens.
Jeżeli w ogóle istnieje jakiś sens czegokolwiek.
Wspomnijmy…
Opublikowane: 27/06/2011 Filed under: wspomnienia | Tags: Maciej Zembaty 6 Comments »
Wszystko mija, wszyscy mijają, tylko niektórzy za szybko…
W Borkach – czyli epopei część trzecia.
Opublikowane: 23/06/2011 Filed under: domowe piekiełko, felietony opowiadania, pół żartem, pół serio, podróże, W Borkach, wspomnienia | Tags: dwór szlachecki, podróż, życie 6 Comments »
/kadr z filmu “Nad Niemnem”/
Podróż do Borków była niewątpliwie egzotyczna. Czułam się tak, jakbym jechała co najmniej na słoniu. Zobaczywszy w oddali, między wysokimi drzewami biel ścian dworku, poczułam wielką ulgę. Ale to była tylko chwila.
Pierwsze co ujrzałam przed domem, to samochód z otwartą maską, a spod maski wystawał wypięty, wyglądający jak nadmuchany, olbrzymi balon, czyjś tyłek! Tyłek lekko poruszał się w lewo, w prawo.
Usunęłam się nieco na bok obawiając się nagłego wybuchu.
Wtedy ujrzałam widok, który o mało nie przyprawił mnie o palpitację serca. Na ganku dworku stały moje obie ciotki. Ciotka Regina i ciotka Teodozja. Tylko ich mi tu brakowało! Ciekawe czy jakbym wybrała się do Ameryki Południowej, też bym je tam spotkała? Znając moje szczęście, pewnie tak.
Ciotka Regina, postawna dama, ą – ę- i teatralne ł, głowa pełna wszystkich rozumów świata, które objęła w posiadanie. Wuj, jej mąż, przytłoczony jej elokwencją, zdecydowanym charakterem jakoż i tuszą, żył spokojnie w jej cieniu i za radą Młynarskiego, robił swoje.
Ciotka Teodozja, wiejska „byznesłumen”, zaliczająca plajtę po plajcie, skądinąd kobieta o złotym sercu. Myślała, że wyszła za mąż za największego bogacza na wsi. Może i tak. Nie wiedziała jednak wtedy jeszcze tego, że ten bogacz to z zawodu leń, nierób, leser, obibok i cham.
Na ganku pojawił się stryj Wacław. Podpierając się laseczką / taki kijek drewniany – żeby nie było wątpliwości :)/ ostrożnie pokonał kilka schodków, stanął przede mną, rozłożył ramiona jak orzeł i wydał okrzyk:
-Witaj Monisiu! Jak się cieszę, że odwiedziłaś starego stryja! Tylko sama widzisz… – tu zatoczył laską koło tuż pod nosami ciotek – mam nadzieję, że nie będzie ci to przeszkadzało?
Objął mnie ramieniem i siarczyście ucałował mój wyliftingowany kremami policzek. Po czym delikatnie popchnął mnie w stronę wejścia. Tuż przed drzwiami spojrzał na mnie i z radosną miną zawiadomił:
-I jeszcze drobiazg… mam remont!
Remont?!! Jaki remont? Czego? Trudno było mi zebrać myśli, ponieważ właśnie byłam obłapiana, potrząsana i wyszarpywana sobie z rąk, przez moje ciotki, które serdecznie, jedna przez drugą mnie witały.
Taka sponiewierana powitaniem, zmęczona i zaskoczona, pół przytomna stanęłam w progach mojej wymarzonej samotni :))
Smutne życia popołudnie.
Opublikowane: 22/06/2011 Filed under: sentymenty, wspomnienia | Tags: Andrzej Grabowski, Leszek Długosz, myśli, młodość, serce, życie 2 Comments »Smutne, bo człowiek ma tyle planów, marzeń, a nie ma już siły na ich realizację. Dlatego, że starzeje się tylko nasza cielesna powłoka. W środku pozostajemy tacy sami, młodzi. Uwięzieni w słabnącym ciele.
A tak chce się żyć! Świat wydaje się z każdym rokiem piękniejszy! Może to wina słabnącego wzroku? A może to właśnie dopiero teraz otwierają się nam oczy?
„Gdyby ktoś usłyszał… co serce moje knuje jeszcze, czego chce… natychmiast by gdzieś w poprawczaku kazał zamknąć je”
Posłuchajcie, bo piękne, bo nastrojowe, bo Leszek Długosz, bo Andrzej Grabowski. Czego więcej chcieć? :)
No, może tych dwudziestu lat…
Wykopalisko.
Opublikowane: 20/06/2011 Filed under: literatura, wspomnienia | Tags: dwór szlachecki, gazeta, jabłka, kołyska, Maria Dąbrowska, redakcja, trumna, twórczość 15 Comments »Robiłam dzisiaj porządki w moich zbiorach bibliotecznych. Zwykle, czytając lub przeglądając jakąś książkę, nigdy nie odkładam jej na miejsce, tylko kładę gdzie popadnie, jednakowoż zawsze na półce. Leżą więc te moje biedne książki na dowolnie wybranym ( przeze mnie ) boku, niektóre pochylone, zgięte i skurczone. Jedne na drugich, piętrowo, stosami i cierpią.
Od czasu do czasu, litością kierowana, odkurzam je, układam, głaszczę i przepraszam. Przy okazji znajduję jakieś „zagubione dusze”.
Właśnie dzisiaj taką znalazłam. Zapomniałam już, że ją mam. A ona czekała z nadzieją, że kiedyś znowu nadejdą dni jej świetności. Nadeszły.
Mała, cienka książeczka w bladoniebieskiej okładce. Na okładce rysunek: brama do dworku szlacheckiego, na oścież otwarta.
Jest to zbiór felietonów z lat 1985 – 1997, autorstwa mojego przyjaciela, Bogdana, o którym już wspominałam w notkach. Kilka lat temu pracowaliśmy razem w redakcji czasopisma.
W książce jest dedykacja dla mnie: „Ani, na pamiątkę dzielenia czasami biurka w atmosferze kapitalistycznej biedy III RP, dzięki za czytelniczą łaskawość i humor mimo wszystko – Bogdan. 22 dnia października – piątek – 2004 roku”
Kapitalistyczna bieda nie była przenośnią. Nasza redakcja była naprawdę bardzo biedna, czasami nie starczało na wypłatę, dostawaliśmy ją w ratach, nie było pieniędzy na opłacenie druku gazety, do punktów sprzedaży, gazety rozwozili pracownicy, swoimi samochodami, za darmo.
Ale za to jaka była atmosfera w redakcji! Przychodziliśmy nawet w niedzielę wieczorem, aby dokończyć łamanie numeru. Opowieściom Bogdana, wspomnieniom i dyskusjom nie było końca.
Jest w tej książeczce felieton, tematycznie związany z notkami, które teraz piszę na blogu. Tytuł felietonu: „Błękitnej krwi kolor czerwony”.
Nie będę tu przytaczać całego, bo jeszcze bym wystraszyła czytelników długością notki. Przytoczę tylko małe fragmenty.
„ Zagrody szlacheckie były wzorem najpiękniejszej narodowej architektury. To w polskich dworkach drewniane podłogi froterowano woskiem. Zapach tego przez wieki nasycił polskie dworki aromatem jakiego nie było na całym świecie”
„ W polskich dworkach nigdy nie zabrakło kołysek i trumien. Na narodziny kołyski czekały na strychu. Śmierć mogła przyjść nieoczekiwanie, dlatego na strychu była również zawsze trumna. W tej trumnie przechowywano jabłka. A kiedy śmierć zajrzała do dworu, nie jeżdżono po trumnę do odległego miasta. Przesyconą zapachem jabłek ustawiano w salonie.”
“Po 1945 roku pałace i dwory, jako zakała upadłego systemu społeczno-politycznego, w większości uległy zniszczeniu. (…) z dworkami obchodzono się bezlitośnie.”
„ Maria Dąbrowska, która przyszła na świat w takim właśnie dworku i spędziła tam najszczęśliwsze lata swojego dzieciństwa i wczesnej młodości, miała odwagę w 1958 roku upomnieć się o ochronę i odbudowę dworków. Wykazała, że dla naszej kultury ich architektoniczny wdzięk w polskim krajobrazie jest tak ważny jak dawny utwór muzyczny”
Miłego wieczoru, ja wracam do wykopalisk :))
W drodze do Borków.
Opublikowane: 16/06/2011 Filed under: felietony opowiadania, pół żartem, pół serio, podróże, W Borkach, wspomnienia | Tags: dom, droga, dwór szlachecki, furmanka, konie, podróż 6 Comments »Czyli epopei księga II
Po długiej podróży dotarłam wreszcie na miejsce. Maleńka stacyjka, pustka, cisza przerywana tylko śpiewem ptaków i szumem wiatru.
Pustka? No, do jasnej ciasnej! Przecież miał tu ktoś na mnie czekać! Jak ja teraz z tymi tobołami po piachu dowlokę się do stryja? No, ładnie się zaczyna mój wypoczynek. Będzie, jak widzę, czynny do bólu.
Ale nic. Nie poddaję się tak łatwo. Od czego są telefony? Oby tylko był zasięg na tej pustej połaci. Był. Stryj przepraszał bardzo za opóźnienie, ale takie zamieszanie w domu. Już wysyła po mnie wóz. Powinien być za parę minut. Parę minut to jakoś wytrzymam. Usiadłam na ławce i wystawiłam twarzyczkę do słońca. Przez te parę minut nie nabawię się chyba zmarszczek? Siedzę, siedzę i co chwila rozglądam się za limuzyną, która po mnie jedzie.
Nagle zerwałam się na równe nogi! Boże, trzęsienie ziemi, koniec świata!
Zobaczyłam tumany kurzu i usłyszałam głośny tętent kopyt, jakby stado bawołów pędziło przez prerię! Kiedy kurz opadł zobaczyłam furmankę, wóz drabiniasty zaprzężony w dwa ogromne, masywne wiejskie konie!
To ma być ten wóz!!?
Woźnica grzecznie się przywitał i powiada: co to porobiłosie we dworze! Wszyscy zarobieni po łysiny! Ledwo od roboty oderwałsie ja.
Wszyscy?!! Jacy wszyscy? Przecież ja pół świata przejechałam, żeby mieć ciszę i spokój!
Pani pakujesie na furmankę, nie ma czasu! – pogonił mnie woźnica.
Łatwo powiedzieć. Jak wsiąść na toto coś? Konie ogromne, patrzą na mnie jakoś tak spode łba.
O matko! Nie!! Ja wracam do domu!
Już miałam zrealizować plan powrotu, gdy nagle i niespodziewanie znalazłam się na furmance. Czy mi się zdawało, że furman położył swoją wielką łapę na mojej pupie i dosłownie wrzucił mnie na wóz? Mam nadzieję, że to sen.
Jedziemy. Fura podskakuje na wertepach, konie rżą, machają ogonami tuż przed moim nosem, pokazują bezwstydnie gołe tyłki.
Koń po prawej, siwek, z gracją podniósł ogon do góry i wypuścił na drogę grad pączków, po czym parsknął radośnie i dalej dumnie kroczył polną drogą.
A lipy tak cudnie pachniały.
c.d.n.
Ostatni zajazd w Borkach, historia szlachecka z roku 2011 :))
Opublikowane: 15/06/2011 Filed under: domowe piekiełko, felietony opowiadania, pół żartem, pół serio, podróże, W Borkach, wspomnienia | Tags: dom, dwór szlachecki, Podlasie, podróż, rodzina 4 Comments »
Na zdjęciu: Ciechanowiec – Podlasie.
Księga I
Praca nad książką stanęła w miejscu i ani rusz dalej. Pewnie zapatrzyłam się na budowę autostrady :)
Za dużo codziennych problemów mnie rozprasza, a i warunki lokalowe nie należą do komfortowych. Postanowiłam więc w trybie przyspieszonym warunki powyższe zmienić na lepsze. Intensywne myślenie zaowocowało tylko jednym pomysłem: stryj Wacław!
Fakt, że daleko. Prawda, że trochę uderzy po kieszeni. Ale za to jaki spokój, cisza, widoki. Zakątek Podlasia nie tknięte przez czas.
Chwyciłam więc telefon i dzwonię do stryja. Mówię, że muszę odpocząć, potrzebuję nieco spokoju do pracy i w związku z tym przyjadę. Wspomniałam oczywiście profilaktycznie o ogromnej tęsknocie za stryjem. Jakże by inaczej. Zasięgnęłam języka co do sytuacji we dworze, spytałam czy nie będę przypadkiem przeszkadzać i takie tam grzecznościowe bzdety.
Stryj trochę plątał się w zeznaniach, e… odpocząć chcesz? ee….tak, pewnie, że możesz przyjechać…. a zresztą jak będziesz to pogadamy.
Nie chce, żebym przyjechała, czy co?
Długo jednak się nad tym nie zastanawiałam, spakowałam się i ruszyłam pociągiem na kraj świata. Gdybym wiedziała, co mnie tam czeka, wróciłabym do domu piechotą.
c.d.n.
Chyba zacznę pisać gęsim piórem.
Opublikowane: 08/06/2011 Filed under: dziennik, literatura, pół żartem, pół serio | Tags: formatowanie, gęsie pióro, kobieta, myśli, sekretarz, twórczość, Word, życie 6 Comments »(Jean-Baptiste Greuze “Die Kleine Schlafende Strickerin” 1758)
Obrazek wstawiam, bo ładny :)
Pisanie idzie tak sobie, raz lepiej, raz gorzej. Czasami coś się zablokuje i ani rusz. Myślę, kombinuję na wszystkie strony, zwoje mózgowe aż iskrzą… i nic! Nie mogę ruszyć z miejsca. Zamykam wtedy laptopa, wstaję od stołu… i nagle mam całe zdanie, idealne! Wracam i szybko zapisuję.
Od dzisiaj będę pisała na stojąco. Pewnie mam jakąś blokadę w tyłku :))
Gdyby tylko to mi przeszkadzało! Życie było by zbyt piękne. Mam straszne problemy z formatowaniem tekstu. Niestety na tym nowym laptopie nie posiadam Worda. Zainstalowałam darmowego Open Office… i zaczęły się schody. Ten program w ogóle nie nadaje się do pisania książek. Mam wprawdzie inny edytor tekstu, w którym takich problemów już nie ma, ale on niestety nie ma sprawdzania pisowni polskiej. Ja niestety przy szybkim pisaniu robię masę literówek i potem ciężko je znaleźć, kiedy nie są podkreślone na czerwono :)
Może jednak przeproszę się z maszyną do pisania, albo kupię gęsie pióro i inkaust?
Te wszystkie cuda techniki nie zawsze ułatwiają życie. A już na pewno nie ułatwiają pisania :)
Wiem!! Zatrudnię sekretarza! Niech on się męczy z formatowaniem. Tylko to musi być sekretarz naprawdę wielkiego formatu ;))
Eureka!
Opublikowane: 05/06/2011 Filed under: ciekawostki, dialogi, pół żartem, pół serio | Tags: ciąża, kobieta, życie 9 Comments »Kadr z filmu “Upał”. To tak a propos dzisiejszej aury. Z tematem notki związany znikomo :)
Mój najdroższy ( bo wiele nerwów mnie kosztuje), siedział ze wzrokiem utkwionym w ekran komputera i ślinił się. Pomyślałam, że to pewnie z gorąca. Nagle otwiera usta i pyta:
- a ty wiesz, że mucha jest w ciązy?
Mimo nieznośnego upału mój mózg jednak jako tako funkcjonuje i swoje wiem.
- ależ kochany, jak mucha może być w ciąży? Muchy znosza przecież jajeczka, z których wylęga się paskudne robactwo.
- no co ty? Przecież ja nie o takiej. Anna Mucha jest w ciąży!
- aaa…to ja nie zrozumiałam. Mówisz, że jest w ciązy. Ale przecież chyba nie z tobą?
- pewnie, że nie – i tu westchnął boleśnie. Ciekawe dlaczego? Czy on wie jakie by musiał płacić alimenty?!
- to czemu się tak ślinisz? Zepsujesz mi laptopa. On jest bardzo wrażliwy na wilgoć. Nie wiem w ogóle co się tak ekscytujesz ciążą Muchy? Czy to jest coś tak niezwykłego? Znam osobiście kilka kobiet, które w ciąży były i nikt o tym w internecie nie pisał.
- ale to nie jest zwykla ciążą. To jest ciążą celebrycka. Nie wiesz, że celebrytki najlepiej są w ciąży, najlepiej wiedzą jak wychować dziecko, jak się ubrać i jak ciężko żyć na świeczniku. No, fakt, niezbyt to wygodne. I spaść można. Przeczuwam, że niedługo będziemy mieli nową pisarkę. Mucha napisze książkę: ciąża na czerwonym dywanie. No bo przecież kto jak kto, ale taka Mucha wie najlepiej.
- skąd?
- jak to skąd? Nad głową zapala się taka żaróweczka i człowiek krzyczy: eureka!
Dla tych chwil warto żyć.
Opublikowane: 04/06/2011 Filed under: dziennik, kultura, literatura | Tags: książka, Maria Dąbrowska, twórczość 6 Comments »
Na zdjęciu Maria Dąbrowska przy pracy.
Biurko, maszyna do pisania, okulary, stosy kartek. Tak sobie zawsze wyobrażałam pisarza. Gdyby to był mężczyzna, to może jeszcze fajka? Albo papieros? Mam jeszcze maszynę do pisania, bardzo podobną do tej, na której pisze Dąbrowska, ale już jej nie używam. Dzisiaj funkcję maszyny do pisania spełnia laptop. Bardziej funkcjonalny, wygodniejszy, lżejszy, ale… trochę żal :)
Praca nad książką trwa. Szczerze mówiąc to się wlecze. Upał bardzo skutecznie spowolnił moje funkcje życiowe. Każda czynność zajmuje mi trzy razy więcej czasu niż zwykle. W końcu jednak zostaje wykonana.
Z notatek na brudno, robię notatki na czysto. Powoli rodzą się dialogi. Powstaje chronologia wydarzeń.
Teraz tylko z notatek na czysto trzeba będzie zestawić całość na brudno. Potem przepisać na czysto ze stosownymi, licznymi poprawkami i… będzie można zacząć pisać.
A potem jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze kilka razy, aż powstanie wersja ostateczna, którą dopiero będzie można zredagować :))
I właśnie dla tych chwil warto żyć.
Dla kilku innych też :))
Ojczyzny się nie wybiera… dostajemy ją w spadku z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Opublikowane: 28/05/2011 Filed under: absurdy, dziennik, felietony opowiadania, literatura, społeczeństwo, wspomnienia | Tags: bez, książka, marzec'68, ojczyzna, polityka, Polska, szkoła, totalitaryzm, Żydzi 16 Comments »
Pracuję teraz nad książką, której akcja toczy się wprawdzie współczesnie, jednak bohaterowie nie spadli z księżyca. każdy z nich ma swoją przeszłość, która go ukształtowała. Dlatego ja też muszę tę przeszłość dokładnie poznać.
Zapoznaję się od jakiegoś czasu z materiałami dotyczącymi Marca ’68. Czytam to wszystko jak powieść fantastyczną. Trudno mi uwierzyć w te nieprzebrane pokłady absurdu tamtych lat.
Najdziwniejsze dla mnie jest to, że ja wtedy żyłam! W 1968 roku miałam 16 lat, chodziłam do liceum i nie miałam pojęcia o tym co się dzieje. Nic do mnie nie docierało. Fakt, że mieszkałam w niewielkim mieście, w którym w ogóle niewiele się działo. Nie pamiętam żadnych wiadomości z dziennika telewizyjnego. Nie oglądałam, czy mnie to po prostu nie interesowało? Byłam aż taka głupia i naiwna? Nie wiem. U mnie w domu też na ten temat się nie mówiło, a nawet jeżeli to przypuszczam, że uwagi były krytyczne w stosunku do wydarzeń. Wiara w słuszność systemu była wielka i bezkrytyczna.
W moim liceum nie działo się nic. Wiosną 1968 roku przenieśliśmy się do nowego budynku szkoły, który wyglądał tak jak wszystkie szkoły w tym czasie budowane. Na uroczystość przyjechał z Katowic Edward Gierek i Jerzy Ziętek. Co mówili – nie pamiętam. Pamiętam tylko, że sala gimnastyczna w szkole pachniała jakimiś chemikaliami przez długie miesiące. Nawet mi sie ten zapach podobał :)
Pierwszego dnia wiosny 68 roku poszłam z koleżanką na wagary, które były niejako wymuszone przez szkołę. Nie miałyśmy przyszytych do płaszczy tarczy, które były obowiązkowe. Po prostu nie wpuszczono nas do szkoły. Jak wiadomo, w ludowej ojczyźnie wiedza do głowy trafiała przez tarczę :) Bez niej ani rusz…
Nie znałam też ludzi, których zwolniono by z pracy lub wyrzucono z partii. Nie wiedziała nawet, że takie zdarzenia miały miejsce. Nie wiedziałam o relegowaniu studentów z uczelni, o wcielaniu do wojska czy karnych obozach.
Nie znałam również żadnego Żyda, który musiał z Polski wyjechać. Mój wujek nie wyjechał, pracował cały czas na kierowniczym stanowisku, na uczelni, nie słyszałam żeby miał jakieś kłopoty. A nazwisko niezbyt polsko brzmiące i nie budzący wątpliwości wygląd, nie mogły przecież nie być zauważone. Wyjechał wprawdzie z kraju, ale dopiero pod koniec życia, do Szwecji. Tam zmarł i został pochowany na cmentarzu żydowskim.
Dlatego, jak teraz czytam historie ludzi, którzy zostali zaplątani w te wydarzenia, nie mogę uwierzyć. Czytam historie Polaków pochodzenia żydowskiego, którzy nagle zostali pozbawieni obywatelstwa, ojczyzny, własnych korzeni i zmuszeni do wyjazdu do obcego kraju. Zostali wyrwani z korzeniami. W imię czego? Czytam o tym, jak się nie mogli odnaleźć na obcej ziemi, jak nie znali języka, jak zostali rozłączeni z rodzinami, przyjaciółmi, rodzinnymi stronami. To byli ludzie, którzy przeżyli cudem wojnę, getto, obozy. W 68 roku znowu pojawił się strach, zagrożenie, dokładnie nie sprecyzowane, ale bardzo realne. Znowu byli niepotrzebni, obcy, inni.
Bardzo mnie wzruszyła zwłaszcza jedna wypowiedź takiego marcowego emigranta, który po latach mógł już odwiedzać Polskę, ale przyjeżdżał zwykle latem. Nagle zapragnął przyjechać w maju i zobaczyć kwitnący bez, nasycić się jego zapachem…
Wielki świat czai się za rogiem :)
Opublikowane: 25/05/2011 Filed under: ciekawostki, dziennik, kultura, pół żartem, pół serio | Tags: andropauza, Damięcki, kultura, mężczyzna, Palikot, polityka 9 Comments »Z racji mojej zajętości pisaniem, zupełnie nie wiem co się dzieje na świecie, w Polsce i w moim mieście. Żyję w świecie wewnętrznym, szczelnie ostatnio zamkniętym na wszystkie zbędne i rozpraszające impulsy zewnętrzne.
Niestety, do pracy muszę czasem zajrzeć. Tak jak dziś. Dzień piękny, słoneczny i prawie upalny spowodował, że z przyjemnością przespacerowałam się do mojej macierzystej instytucji, kulturalnej niezmiernie, Miejskiego Ośrodka Kultury. Siedzimy sobie z koleżanką, rozmawiamy o wszystkim i o niczym ( najczęściej o niczym). Przez oszklone ściany widać korytarz, wejście, drzewa i słońce. Nie chce mi się ruszyć, a powinnam iść do domu, do pracy twórczej :)
Kiedy tak walczyłam z własnym lenistwem, które wgniotło mnie w fotel i nie pozwalało się ruszyć, zobaczyłam przez szybę, że ktoś zmierza w kierunku naszego pokoju. Kurczę, znajoma twarz! Ale z jakiej racji tu! Drzwi się otwierają, wchodzi Maciej Damięcki i nieśmiało pyta, którędy może dostać się na piętro? Odpowiadamy grzecznie, że od strony parkingu.
Dopiero po chwili dotarło do mnie gdzie jesteśmy, że o godzinie 17 jest występ “Andropauzy”, więc widok Damięckiego nie powinien mnie dziwić. A tu proszę! Zdziwił! :)
Kiedy tak szłam w kierunku domu, słoneczną ulicą, śmiejąc się w duchu sama z siebie, zauważyłam zgromadzenie na zalanym słońcem parkingu pod Urzędem Miasta. Co zaś tu? Kilkadziesiąt osób, większość młodzieży i starszych ludzi, elegancko ubranych. Panowie w jasnych garniturach, panie w letnich kapeluszach. Młodzież sympatyczna i inteligentna.
Staję przed przejściem i czekam na zielone światło. Młodzi ludzie zapraszają mnie na spotkanie z Januszem Palikotem. Mówią, że już jedzie, stoi tam i też czeka na zielone światło. Za chwilę widzę niewielki samochód a za jego kierownicą gwiazda spotkania. Uśmiecha się, macha ręką. Skręca w kierunku Urzędu.
Coś takiego! Wszystkiego bym się spodziewała, nawet tego zapowiadanego końca świata, ale nie tego, że dzisiaj spotkam Janusza Palikota! :) Nawet ulotkę dostałam!
Takie ciacho ze skrzydełkami! :))



















Najnowsze komentarze